czwartek, 25 sierpnia 2011
wtorek, 23 sierpnia 2011
Rebel - "Ulysse" - La Simphonie du Marais, Hugo Reyne [23 sierpnia 2011]
Im wyższa temperatura tym bardziej robię się gamoniowaty... O "Ulysse" Rebela pisałem w lutym.
Pora najwyższa zacząć używać funkcji "szukaj" przed napisaniem czegokolwiek.
Ale nie ma tego złego - tym sposobem zrobiła się ładna francuska trójka. Z jednej epoki, w tym samym wykonaniu i tej samej szacie graficznej.
"Ulysse" to rzecz bardzo ciekawa - choć na pewno nie wybitna - wierna w duchu i literze wzorcowi, jaki stworzył Lully. Wierna ale - niestety - do wzorca nie równająca. Mimo wszystko nie da się "Ulysse" porównać ani z "Armide", ani z "Atysem", "Persee" czy choćby "Rolandem". Co nie zmienia faktu, że to płyta bardzo piękna.
Gershwin, Barber, Copland - Los Angeles PO, Leonard Bernstein [13 sierpnia 2011]
"The World's Finest Recordings Grand Prix" ... Google niewiele na ten temat wyrzuca - inna sprawa, że niezbyt natarczywie szukałem. A co wyrzuca, to spod szyldu DG ... Czyżby wzorem polskiego biznesu i światowi muzyczni giganci zaczęli przyznawać nagrody sami sobie?
Mniejsza o to - to nagranie naprawdę jest Finest. Rapsodia może nieco bardziej musicalowa niż to, co zwykło się słyszeć. Ale jeśli za pulpitem stoi kompozytor "West Side Story", to żadna w sumie niespodzianka. Dosyć zaskakująca interpretacja - znam Rapsodię na pamięć i słowo daję, że niektóre rzeczy tutaj usłyszałem po raz pierwszy. Nawet jeśli nie wyszły one wprost spod pióra GG.
Adagio Barbera brzmi tutaj niezwykle dostojnie i ... szeroko. Utwór do bólu znany i ograny - wręcz nadużywany - zagrany tak, że słucha się go niemal na jednym oddechu.
Appalachian Spring Coplanda to rzecz chyba najmniej znana z całej trójki, ale bardzo ciekawa, malarska amoże 'literacka'. Unosi się nad nią duch wielkich prozaików amerykańskich z przełomu XIX i XX wieku. Taki Copland klasyczny...
piątek, 12 sierpnia 2011
Samuel Barber - Symphony No 1, Piano Concerto, Souvenirs - Browning, Sain Louis SO, Slatkin [11-12 sierpnia 2011]
Jak widać na okładce - zdobywca Grammy ... Ja wrzuciłem tę płytę do folderu "Great Symphonies", bo pod takim hasłem szukając, na to nagranie wpadłem. Symfonia jest niezwykle krótka - ledwo 20 minut, koncert nieco dłuższy - 30. Ale dzieje się w niej mnóstwo - jest to fantastyczna kompozycja. Pochodzi z roku 1936 - koncert z 1962. Dla mnie jakiejś wielkiej różnicy w stylistyce, użytym przez Barbera języku - nie ma.
Barbera nie sposób nie lubić, ot choćby za to, co napisał do swojej matki w wieku lat 9 (!):
"Dear Mother: I have written this to tell you my worrying secret. Now don’t cry when you read it because it is neither yours nor my fault. I suppose I will have to tell it now without any nonsense. To begin with I was not meant to be an athlet [sic]. I was meant to be a composer, and will be I’m sure. I’ll ask you one more thing .—Don’t ask me to try to forget this unpleasant thing and go play football.—Please—Sometimes I’ve been worrying about this so much that it makes me mad (not very)."
Ciekawa postać, niezwykle ciekawe i pokręcone życie. Z koncert Barber dostał nagrodę Pulitzera(!), ale na mnie jakiegoś ogromnego wrażenia nie robi. Podobnie Souvenirs - mocno inspirowane jazzem i ragtimem.
czwartek, 11 sierpnia 2011
Chopin - Valses - Alexandre Tharaud [11 sierpnia 2011]
Zjawiskowa i naprawdę magiczna płyta. Tharaud, który ograł się w Baroku (Bach, Couperin, Scarlatti) gra te cudne drobiazgi w sposób niezrównany. I dobrze słychać gdzie - czy raczej: dzięki czemu - się tego nauczył. Rozumie taniec i rozumie muzyczną miniaturę. W krókiej formie potrafi oddać całę spektrum uczuć, emocji i nastrojów. I nawet jeśli nie powinno się nagrywać walców w komplecie, na jednej płycie - tutaj to nie przeszkadza. Ciekawe jak w porównaniu zabrzmi śliczna Alice Sara Ott ...
środa, 10 sierpnia 2011
The Romantic Piano Concerto, Vol. 39 – Delius & Ireland - Piers Lane, Ulster Orchestra, Lloyd-Jones [10 sierpnia 2011]
Po pierwszym przesłuchaniu pod wielkim wrażeniem tej płyty nie byłem. Widać pewne rzeczy albo wymagają drugiej szansy albo .. lepiej brzmią po południu. Wszystko w sumie ma swoją porę ...
Drugie słuchanie i dużo lepsze wrażenia. I powracające pytanie - czy ja tej płyty nie mam? I dlaczego nie mam??
Koncert Deliusa jest z 1904 roku, Irelanda z 1930. Różnicy w zasadzie nie słychać. To jednak nie po tej stronie kanału dokonywała się muzyczna rewolucja. Stąd - choć można trochę popsioczyć - obydwa koncery mieszczą się w formule (inna sprawa, że co rok szerszej) "Romantic Piano Concerto". No bo czemu nie koncert Brittena?
Nie ma tutaj nic niezwykłego - nie ma cienia takiego ducha, jaki jest w koncertach Rachmaninowa; co dziwne u przedstawicieli chyba najbardziej muzykalnej nacji. Jak z koncertów R. pamięta się całe długie pasaże - tutaj muzyki ani się nie "chwyta", ani nie pamięta. Nie szokuje nowoczesnością, jak koncerty Prokofieva; niczego nie 'maluje' jak Ravel. Ale to niezwykle solidna muzyka - miejscami bardzo piękna i pomysłowa. Co większość recenzentów podkreśla - wykonanie jest kapitalne.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

